Rozdział
1
„Nowy
dzień”
Kiedy tego dnia Maria otworzyła oczy, wiedziała,że coś jest nie
tak. Mimo tradycyjnej porannej rutyny czuła wewnątrz jednocześnie
pewność i niepokój. Ostrożnie podniosła się z łóżka
by nie obudzić męża, który odwrócił się na drugi
bok i zakrył głowę kołdrą. „Pora na życie według planu”,
pomyślała Maria wstawiając czajnik z wodą na kawę i robiąc
płatki z mlekiem dla syna. Ubrać się, obudzić dzieci, tylko cicho
(tata śpi). Ubrać dzieci przy ich nie kończących się
marudzeniach i pytaniach.
- Mamo! A kiedy masz wolne?
- Mamo mogę pograć jak wrócę ze szkoły?
- Mamo powiesz nam co mamy robić?
- Mamo nie chcę iść do przedszkola..- Czemu? - Bo nie..
Potem wędrówka wraz z innymi półprzytomnymi matkami z
włączonym dziecięcym stereo przez całą drogę. Wyjątkiem,kiedy
dzieci Marii milczały były chwile gdy zadawała im pytania. Wtedy
cisza i brak odpowiedzi..Dzieci odstawione,poinformowane i zapewnione
o matczynej miłości. Pora na zakupy.
„Co ja mam zrobić na obiad?” myślała kobieta bezmyślnie
chodząc między półkami. „Tego nie lubi Marek, tego nie
ruszą dzieci. Tu za dużo roboty. Już mi się tak nie chce
myśleć...”. W końcu wrzuciła składniki do koszyka,powędrowała
do kasy po drodze zgarniając z półek „niezbędne”
produkty. Z lżejszym portfelem(„Marek znowu się wkurzy,że dużo
wydałam”) i z rękami urywającymi się pod ciężarem dwóch
toreb z zakupami Maria wyszła i ruszyła do domu. Tuż przed
budynkiem zaczął dzwonić jej telefon. Starając się nie upuścić
słoików z sosem i ogórkami i nie pognieść bułek
przerzuciła obie reklamówki do jednej ręki, druga otwierając
drzwi do bloku i ramieniem dociskając telefon do ucha.
- Cześć Kochanie, gdzie jesteś? Smutno mi bez Ciebie...-w słuchawce zabrzmiał zaspany głos męża Marii
- Już wchodzę do domu,zaraz będę. W sklepie byłam.
- Tak długo??
- Już wracam Kotku,ciężko mi,zaraz będę.
Pi pi pipi- sygnał odłożonej słuchawki dał Marii nadzieję,że
Marek wyjdzie jej pomóc nieść torby. Jednak na czwartym
pietrze wiedziała,że to jak zwykle marzenia. Wtoczywszy się do
domu zaczęła wyładowywać zakupy, kiedy z pokoju dobiegło
wołanie:
-Maaaryyysiuuuu! Koooochaaaniee!
Mrucząc pod nosem słowa co najmniej niecenzuralne wzywana Marysia
wpełzła do pokoju,w którym jaśnie mąż nadal błogo
rozkładał się na małżeńskiej kanapie.
- Co chciałeś Kotku?
- Przyjdziesz w końcu do mnie? Tęsknię strasznie..Nie mam co robić...- zamruczał Kotek.
- No chyba jaja sobie robisz? Zakupy rozkładam, muszę obiad przygotować i pranie wstawić.
- A kiedy spędzisz ze mną czas? Do pracy idę za dwie godziny.. Porób coś ze mną..
- Ja pierdziele..- to już było mruknięcie pod nosem, bo Marysia nie chciała kolejnej kłótni. W końcu utrzymywanie świętego spokoju w gnieździe rodzinnym należało do jej codziennych obowiązków.
Dlatego kolejne dwie godziny spędziła oglądając z Mareczkiem „M
jak miłość” i mając M jak mdłości. W międzyczasie zrobiła
szanownemu kawę, herbatę i dobrze. Gdy o dziesiątej zadowolony,
choć marudzący na głupią pracę, Marek wyszedł do pracy, Maria
podwinęła rękawy i weszła do kuchni. Już miała zacząć
szykować obiad (kotlety mielone -proste szybkie,wszyscy zjedzą),
gdy nagle stanęła na środku swojego z lekka zagraconego królestwa.
Rozejrzała się wokół zmęczonym wzrokiem. W zlewie piętrzył
się stos naczyń z wczorajszej kolacji i dzisiejszego śniadania. Na
stole okruchy od kanapek, które robiła przed chwilą Markowi
do pracy. Na lodówce obrazki dzieci – ten z tęczą zrobiła
Majka a ten z czerwoną wyścigówką to Maćka. Patrząc na to
co ją otaczało, Maria w jednej chwili zobaczyła, że jej życie
stanęło w martwym punkcie. Gdzie się podziała ta dziewczyna z
przed lat, do której należały wszystkie imprezy i żaden
facet jej się nie oparł? Zniknęła pod fartuchem, wyciągniętym
dresem i wiecznie podpuchniętymi oczami. Kiedy dziesięć lat temu
wychodziła za Marka niejeden wielbiciel próbował ją odwieść
od tego pomysłu. Ona jednak była szaleńczo zakochana w czułym,
miłym i uczciwym chłopaku, którego ze świecą mogła szukać
wśród dotychczasowych znajomych. Mareczek pojawił się w jej
życiu niczym spokojna łódź na wzburzonych falach. Był
dokładnie tym,czego wtedy potrzebowała- kotwicą, zapewniającą
stabilność i bezpieczeństwo. Teraz jednak ta kotwica stawała się
dla Marii coraz większym ciężarem, trzymającym ja na siłę w
miejscu, z którego od dawna powinna odpłynąć. Jej kochane
urwisy – dziewięcioletnia Majka i pięcioletni Maciuś również
sprawiały, że jej obraz zamykał się w ramach dobrej żony i
matki. Codziennie gotowała obiady, sprzątała, odrabiała trudne
lekcje, chodziła na spacery, karmiła kaczki, podcierała nosy i
pupy. W międzyczasie pracowała na „wirtualnym etacie” pisząc
zdalnie proste teksty i reklamy. Według Marka w ogóle nie
powinna tego nazywać pracą, więc w końcu zaczęła na to mówić
„dłubanina”. Owo klikanie w klawisze dawało jedną drugą
dochodu rodziny, z czego Maria mężowi uświadamiała jedynie część.
W końcu, skoro on lekceważył jej zajęcie, to ona mogła swobodnie
dysponować zarobionymi w ten sposób pieniędzmi. Uznała je
za swoje zasłużone kieszonkowe i odkładała do koperty paręset
złotych miesięcznie pozwalając głowie rodziny utrzymywać dom, by
mógł być z tego dumny i oczekiwać szacunku. Takie prawo
mężczyzny. Już dawno nie wydawała nic ze swojego
„kieszonkowego”. Odkładała je sama nie wiedząc po co, bo już
dawno przestała snuć plany nie związane z domem i rodziną.
Teraz, stojąc w cichej, żądającej codziennej uwagi kuchni,
pomyślała, że wie na co wydać odkładane kilka lat pieniądze.
Nie na samochód, kosmetyczkę, wycieczkę do Disneylandu.
Odłożyła trzymaną w reku ścierkę, zdjęła fartuch i poszła do
sypialni. Tam sięgnęła pod równo uprasowane bluzki z
głębokimi dekoltami, których już tak dawno nie ubierała i
wyjęła całkiem grubą, a poza tym zwyczajną białą kopertę.
Wyciągnęła z niej plik banknotów i zaczęła je przeliczać.
Okazało się, że odłożona sumka jest całkiem pokaźna, w
kopercie było ponad sześć tysięcy złotych. Maria wzięła
głęboki wdech po czym powoli wypuściła powietrze czując,że
razem z tym wydechem wychodzi z niej całe napięcie. Sięgnęła do
drugiej części szafy i wyjęła walizkę, którą Marek brał
ze sobą gdy wyjeżdżał na swoje, rzadkie na szczęście lub
nieszczęście, delegacje. Pomału pakowała do torby bieliznę,
ubrania, dołożyła też kurtkę i buty. Z lekkim rumieńcem na
twarzy wrzuciła do walizki czerwone szpilki, których nie
miała na nogach od czasu urodzenia Maćka. Bieganie do szkoły,
przedszkola i na zakupy wykluczało rzecz tak niepraktyczną jak owe
buty. Spakowawszy trochę odzieży poszła do łazienki po kilka
kosmetyków i jej wzrok zatrzymał się na lustrze. Nie mogła
uwierzyć w to co widzi. Szara zmęczona twarz, byle jak związane
włosy, zgarbiona sylwetka. Tylko oczy jej błyszczały podnieceniem,
pełne oczekiwania, nadziei i pewności. Wyprostowała się,
odgarnęła z twarzy kosmyk włosów i powiedziała głośno
to, co od dłuższego czasu chodziło jej po głowie ale nie miała
odwagi wyartykułować.
- To Twoje życie! - po czym odwróciła się uśmiechnięta i
pomaszerowała po walizkę. W przedpokoju chwyciła notes, w którym
zwykle zapisywała listę zakupów, wyrwała z niego kartkę i
napisała:
„Marku, Kochanie!
Przepraszam, ale ja już dłużej nie mogę. Kocham Ciebie,
kocham dzieci, ale chyba nie wystarczająco. Nie wiem co napisać.
Nie dzwoń, zmieniam numer. Wyjeżdżam. Zaczynam nowe życie.
Dziękuję za wszystko i przepraszam. Ucałuj maluchy, nigdy nie
przestanę o nich myśleć.
Nie piszę do zobaczenia.
Maria”.
Wychodząc ostatni raz obejrzała się na to, co zostawiała za
sobą. Na kurtki dzieci na wieszakach, adidasy Marka wciśnięte pod
szafę (nigdy nie zaczął biegać). Po czym odwróciła się
na pięcie, przekręciła klucz w zamku i wrzuciła go do skrzynki
listowej na drzwiach. Schodząc z ciężką walizką czuła się
jakby leciała niczym ptak uwolniony z klatki. Czy nie zgubi się na
wolności? Czy nie rozszarpią jej drapieżniki? Nie wiadomo. Wolność
może mieć wysoką cenę, ale dla Marii liczyło się tylko to, że
zostawia za sobą złotą klatkę i zaczyna żyć naprawdę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz